Tylko życie ma przyszłość!

Najpierw diagnoza, potem leczenie

Dzię­ki na­pro­tech­no­lo­gii je­ste­śmy du­żą i szczę­śli­wą ro­dzi­ną – mó­wią An­na i Ma­ciej. Ich dro­ga do szczę­ścia nie by­ła jed­nak łatwa.

Dziś są ro­dzi­ca­mi 15-let­niej cór­ki i dwóch sy­nów: star­szy ma 8 lat, a młod­szy 6. Jak prze­ko­nu­ją, ni­gdy nie za­po­bie­ga­li po­czę­ciu i nie od­kła­da­li dziec­ka na póź­niej. Na speł­nie­nie ma­rze­nia przy­szło im jed­nak cze­kać pra­wie dwa la­ta. – Nie za­sta­na­wia­li­śmy się, dla­cze­go. Stwier­dzi­li­śmy tyl­ko, że „Ktoś na gó­rze” tak so­bie ob­my­ślił. Gdy zo­sta­li­śmy ro­dzi­ca­mi ślicz­nej có­recz­ki, by­li­śmy naj­szczę­śliw­si na świe­cie – wspominają.

Coś było nie tak

Nie chcie­li więc cze­kać na dru­gie dziec­ko. Nie­ste­ty – mi­ja­ły mie­sią­ce i la­ta, a sta­ra­nia nie przy­no­si­ły efek­tu. Tłu­ma­czy­li to so­bie na róż­ne spo­so­by… Po trzech la­tach zro­zu­mie­li, że jed­nak coś jest nie tak. Po­szli do gi­ne­ko­lo­ga, któ­ry pro­wa­dził pierw­szą cią­żę Ani. By­li prze­ko­na­ni, iż jest do­brym fachowcem.

– Prze­ba­dał mnie, zle­cił pod­sta­wo­we ba­da­nia ana­li­tycz­ne i stwier­dził, że nic złe­go nie wi­dzi – po­za nad­żer­ką, któ­rą moż­na wy­le­czyć far­ma­ko­lo­gicz­nie. Uznał też, że do ro­ku po­win­ni­śmy zo­stać ro­dzi­ca­mi. Tak się nie sta­ło – opo­wia­da Ania.

Po ro­ku le­karz stwier­dził, że trze­ba „za­dzia­łać”. Ani zle­cił wy­ko­na­nie ba­dań hor­mo­nal­nych, zaś jej mę­żo­wi – ba­da­nie nasienia.

– Ma­ciej prze­ła­mał we­wnętrz­ne opo­ry i po­szedł na to ba­da­nie. Je­go wy­ni­ki wska­zy­wa­ły, że wszyst­ko by­ło w nor­mie, ale po mo­im ba­da­niu USG le­karz stwier­dził, że praw­do­po­dob­nie przy­czy­ną pro­ble­mu są za­bu­rze­nia owu­la­cji – do­da­je Anna.

Z ga­bi­ne­tu wy­szli z re­cep­tą na lek wspo­ma­ga­ją­cy ja­jecz­ko­wa­nie i za­pew­nie­niem, że „to się zda­rza”, więc nie trze­ba się mar­twić. Po dwóch mie­sią­cach po­pra­wy nie by­ło. By­ło za to echo w jaj­ni­kach, a le­karz stwier­dził, że szan­se na zaj­ście w cią­żę w na­tu­ral­ny spo­sób są ni­kłe, dla­te­go roz­wią­za­niem mo­gła­by być in­se­mi­na­cja lub in vi­tro. – Ze spusz­czo­ny­mi gło­wa­mi i bez sło­wa wy­szli­śmy z ga­bi­ne­tu. Nie drą­ży­li­śmy te­ma­tu me­tod sztucz­ne­go za­płod­nie­nia, po­nie­waż by­ło to dla nas nie do za­ak­cep­to­wa­nia – pod­kre­śla Maciej.

Trzymaliśmy się zasad

Po­sta­no­wi­li zmie­nić le­ka­rza. Po­zy­tyw­ne opi­nie w in­ter­ne­cie skie­ro­wa­ły ich do pa­ni gi­ne­ko­log spe­cja­li­zu­ją­cej się w le­cze­niu niepłodności.

Ania: – Umó­wi­łam się na wi­zy­tę, któ­ra wy­pa­da­ła w po­ło­wie cy­klu. Za­po­wia­da­ło się obie­cu­ją­co – no­wo­cze­sny ga­bi­net, ścia­ny wy­ło­żo­ne cer­ty­fi­ka­ta­mi i dy­plo­ma­mi, mi­łe przy­ję­cie i wy­czer­pu­ją­cy wy­wiad (jak się nam wte­dy wydawało).

Pod­czas ba­da­nia USG był wi­docz­ny pę­che­rzyk, jed­nak bez ja­jecz­ka. By­ła też wi­docz­na nad­żer­ka, któ­ra mo­gła być prze­szko­dą w zaj­ściu w cią­żę. Ania do­sta­ła więc re­cep­tę na ten sam lek, co po­przed­nio, oraz glo­bul­ki, dzię­ki któ­rym wy­le­czo­na mia­ła zo­stać nad­żer­ka. Po trzech mie­sią­cach ku­ra­cji po­pra­wy nie by­ło, a dia­gno­za by­ła jed­no­znacz­na: nie­płod­ność wtór­na o nie­wy­ja­śnio­nej przy­czy­nie. – Dla le­kar­ki nie był to po­wód do zmar­twie­nia, po­nie­waż ist­nie­ją in­se­mi­na­cja lub in vi­tro. Na py­ta­nie, czy w XXI w. na­praw­dę nie moż­na le­czyć nie­płod­no­ści far­ma­ko­lo­gicz­nie, od­po­wiedź by­ła ne­ga­tyw­na – mó­wi Maciej.

Do­sta­li więc na­mia­ry do kli­ni­ki, w któ­rej moż­na zna­leźć po­moc i w któ­rej pa­ni dok­tor pra­co­wa­ła. – Na szczę­ście cią­gle trzy­ma­li­śmy się na­szych prze­ko­nań i od­rzu­ci­li­śmy sztucz­ne me­to­dy. Choć po­tra­fi­my zro­zu­mieć te pa­ry, któ­re w ak­cie de­spe­ra­cji de­cy­du­ją się na nie. I wca­le ich w ten spo­sób nie uspra­wie­dli­wia­my – za­strze­ga­ją małżonkowie.

Wte­dy już bo­wiem py­ta­li sie­bie i Pa­na Bo­ga, dla­cze­go tak się dzie­je i za­sta­na­wia­li się, co jesz­cze mo­gą zro­bić. – Na­sze ser­ca chcia­ły pęk­nąć, kie­dy cór­ka py­ta­na o wy­ma­rzo­ny pre­zent od­po­wia­da­ła: „Chcia­ła­bym bra­cisz­ka al­bo sio­strzycz­kę!”. Po­sta­no­wi­łam więc szu­kać in­ne­go spo­so­bu na po­czę­cie dziec­ka, a mąż za­czął się go­dzić z tym, że jak Bóg zmie­ni zda­nie, to wy­da­rzy się cud. Jed­ne­go by­li­śmy pew­ni – wie­dzie­li­śmy, że nie pod­da­my się za­bie­go­wi in vi­tro – przekonują.

W koń­cu tra­fi­li na ar­ty­kuł o na­pro­tech­no­lo­gii. W pierw­szej chwi­li wy­da­wa­ło im się, że cho­dzi o su­per­no­wo­cze­sne na­no­tech­no­lo­gie, ale oka­za­ło się, że cho­dzi o le­cze­nie nie­płod­no­ści opar­te o na­tu­ral­ne spo­so­by wy­zna­cza­nia mo­men­tu owu­la­cji. Pa­ra po­zna­je tzw. mo­del Cre­igh­ton, któ­ry jest na­rzę­dziem słu­żą­cym do bar­dzo pre­cy­zyj­ne­go opi­su zmian za­cho­dzą­cych w ko­bie­cym or­ga­ni­zmie. Ob­ser­wa­cje ko­bie­ce­go cy­klu łą­czy się m.in. z ba­da­nia­mi bio­che­micz­ny­mi i ul­tra­so­no­gra­ficz­ny­mi. Kie­dy to ko­niecz­ne, le­karz na­pro­tech­no­log za­le­ca far­ma­ko­te­ra­pię lub le­cze­nie za­bie­go­we np. z za­sto­so­wa­niem mi­kro­chi­rur­gii i tech­no­lo­gii la­se­ro­wej. Co waż­ne, na­pro­tech­no­lo­gia ba­da tak­że płod­ność męż­czy­zny. Ta­kie po­dej­ście umoż­li­wia pre­cy­zyj­ne wska­za­nie przy­czy­ny nie­płod­no­ści i wy­eli­mi­no­wa­nie jej dzię­ki za­sto­so­wa­niu in­dy­wi­du­al­nie do­bra­ne­go po­stę­po­wa­nia. Im wię­cej Ania i Ma­ciej o tym czy­ta­li, tym bar­dziej utwier­dza­li się w prze­ko­na­niu, że to mo­że być strzał w dziesiątkę.

Pojawiła się nadzieja

– Skon­tak­to­wa­łam się z miesz­ka­ją­cą naj­bli­żej nas in­struk­tor­ką mo­de­lu Cre­igh­to­na. Mie­li­śmy tro­chę obaw, czy ktoś nie chce wy­cią­gać pie­nię­dzy że­ru­jąc na uczu­ciach lu­dzi go­to­wych ła­pać się każ­dej al­ter­na­ty­wy. Nie mie­li­śmy jed­nak nic do stra­ce­nia i umó­wi­li­śmy się na pierw­sze spo­tka­nie – wszak za­wsze moż­na by­ło zre­zy­gno­wać z ko­lej­nych – uśmie­cha się Ania.

Nie zre­zy­gno­wa­li, a na ko­lej­nych spo­tka­niach spraw­dza­na by­ła po­praw­ność sto­so­wa­nia me­to­dy i prze­ka­zy­wa­ne by­ły wska­zów­ki na przy­szłość. Ania i Ma­ciej by­li co­raz bar­dziej na­sta­wie­ni na suk­ces, a oprócz pro­wa­dze­nia ob­ser­wa­cji ca­ły czas mo­dli­li się o dziec­ko. Od sióstr do­mi­ni­ka­nek do­sta­li na­wet pa­sek św. Dominika.

Po dwóch mie­sią­cach mo­gli umó­wić się na wi­zy­tę z le­ka­rzem, do któ­re­go skie­ro­wa­ła ich pa­ni in­struk­tor. Był ma­rzec. Ma­ciej: – Dok­tor do­kład­nie ana­li­zo­wał na­sze wy­ni­ki i kar­tę ob­ser­wa­cji, prze­pro­wa­dził wni­kli­wy wy­wiad na te­mat do­tych­cza­so­wej te­ra­pii, sto­so­wa­nych le­ków i wszel­kich scho­rzeń w na­szej rodzinie.

Wszyst­kio za­pi­sy­wał. W koń­cu przed­sta­wił po­ten­cjal­ne ścież­ki te­ra­pii i prze­wi­dy­wa­ne ra­my cza­so­we. Po wyj­ściu z ga­bi­ne­tu mał­żon­ko­wie czu­li, że ten czło­wiek my­śli ina­czej, niż in­ni, bo chce zdia­gno­zo­wać przy­czy­nę pro­ble­mów i ją wyleczyć.

Od tej chwi­li Ania mu­sia­ła co kil­ka dni przy­jeż­dżać na mo­ni­to­ring cy­klu, któ­ry po­twier­dził za­bu­rze­nia ja­jecz­ko­wa­nia. Na pod­sta­wie kar­ty ob­ser­wa­cji i wy­ni­ków USG le­karz do­brał le­ki, któ­re ka­zał za­ży­wać w okre­ślo­nym dniu cy­klu. – Kar­ta ob­ser­wa­cji za­czę­ła sza­leć – do­tych­cza­so­we cy­kle ro­bi­ły się na prze­mian dłuż­sze i krót­sze. Le­ki dzia­ła­ły do­kład­nie tak, jak prze­wi­dy­wał dok­tor. Na ba­da­nia jeź­dzi­łam jesz­cze przez ko­lej­ne mie­sią­ce – opo­wia­da. Na szczę­ście kosz­ty po­dró­ży i le­cze­nia by­ły mniej­sze, niż moż­na by­ło przy­pusz­czać. – We wrze­śniu mój cykl znacz­nie się wy­dłu­żył. Zro­bi­łam test cią­żo­wy, któ­ry wska­zał dwie kre­ski! Cią­żę po­twier­dzi­ło USG. Ra­do­ści nie by­ło koń­ca, ale był też strach, czy wszyst­ko się po­wie­dzie – przy­zna­je Ania.

Sy­na uro­dzi­ła dwa dni przed ter­mi­nem, a po­ród trwał nie­ca­łe dwie go­dzi­ny. – Dziś, tu­ląc go w ra­mio­nach, je­ste­śmy wdzięcz­ni Bo­gu i wszyst­kim, któ­rzy po­mo­gli nam wy­dać go na świat. Trze­ba wie­rzyć, że się uda, bo wia­ra czy­ni cu­da! Nasz sy­nek jest na to do­wo­dem, a dwa la­ta póź­niej znów zo­sta­li­śmy ro­dzi­ca­mi. Dzię­ki na­pro­tech­no­lo­gii je­ste­śmy du­żą i szczę­śli­wą ro­dzi­ną. Pan Bóg dał nam wię­cej niż ocze­ki­wa­li­śmy! – za­pew­nia­ją Ania i Maciej.

Ulot­ka do po­bra­nia i roz­po­wszech­nia­nia: Naj­pierw dia­gno­za, po­tem leczenie